Drzwi otworzyła kobieta po pięćdziesiątce. Jej siwe włosy były upięte w kok, wyraz surowy, ale oczy życzliwe. [Muzyka] Patrzyła na mnie przez długi czas, zanim powiedziała: „Moje kamienne śmigło”. Skinąłem głową. [Muzyka] Wpuściła mnie. Mieszkanie było skromne, ale czyste. Na ścianach wisiały zdjęcia dzieci.
Poprosiła, abym usiadła i nalała mi herbaty. Potem zaczęła mówić. „Nazywam się Greta Hoffman. W czasie wojny pracowałam jako pielęgniarka w Vermarthe. Nie z własnej woli, ale dlatego, że nie miałam innego wyjścia. Przydzielono mnie do obozu, w którym przetrzymywano ciebie i twoje siostry. Moje poczucie humoru jest lodowate. Nie miałam żadnego udziału w tym, co ci się przydarzyło” – kontynuowała szybko – ale patrzyłam na to i każdego dnia nienawidziłam się za to, że nic nie zrobiłam.
Wstał i wyjął pudełko z szafki. Wewnątrz znajdowały się dokumenty, akta, spisy imienne. Fonsteiner prowadził skrupulatną dokumentację. Spisał wszystko: imiona matek, daty urodzenia dzieci, rodziny niemieckie, którym je powierzono. Po wojnie te dokumenty miały zostać zniszczone, ale część z nich udało mi się uratować.
Podał mi kartkę papieru; widniało na nim moje imię. A bezpośrednio pod tym kolejnym wierszem: Małe dziecko, urodzone 18 czerwca 1943 r., przekazane 20 czerwca 1943 r. Rodzina zastępcza: rodzina Adlerów. Czytałem tę linijkę w kółko, aż litery się zamazały. – On żyje – szepnąłem. – Nie wiem – odpowiedział cicho. – Ale teraz masz wskazówkę. Ze złożoną kartką papieru w kieszeni wróciłem do Francji i podjąłem decyzję. Znalazłbym go.
Nie miało znaczenia, ile czasu to zajęło, nie miało znaczenia, do ilu drzwi musiałem zapukać. Mój syn gdzieś istniał, a ja nie zamierzałam umrzeć, nie próbując. Poszukiwania trwały prawie dwadzieścia lat: dwadzieścia lat pisania listów, które pozostały bez odpowiedzi, dwadzieścia lat pukania do drzwi władz, które patrzyły na mnie jak na wariata.
Przez dwadzieścia lat oszczędzałem każdy grosz, aby raz lub dwa razy w roku móc jeździć pociągiem do Niemiec. Rodzina Adlerów przeprowadziła się z Hamburga w 1950 roku. Nikt nie wiedział gdzie, a przynajmniej nikt nie chciał mi powiedzieć. Najtrudniejsze były lata pięćdziesiąte. Europa odbudowała się, zapominając i grzebiąc swoich zmarłych i tajemnice z równą skutecznością. Archiwa zostały zniszczone, rozproszone, ukryte.
Świadkowie odmówili składania zeznań ze strachu, wstydu i tchórzostwa. Skontaktowałem się z organizacjami pomagającymi ofiarom wojny. Szukałem porady u prawników, którzy początkowo spojrzeli na mnie z politowaniem, a następnie wyjaśnili, że moja sprawa jest niezwykle skomplikowana i prawdopodobnie beznadziejna. Napisałem nawet do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Odpowiedź była uprzejma, profesjonalna i całkowicie bezużyteczna.
Archiwa były niekompletne. Świadkowie nie żyli lub odmówili składania zeznań. Nawet powojenne Niemcy chciały zapomnieć. A ja byłam tylko jednym głosem wśród tysięcy, matką wśród wielu, którzy szukali swoich dzieci zagubionych w chaosie wojny. Ale nie mogłem zapomnieć. Każdej nocy widziałam jego twarz, zamknięte oczy i jego małe rączki trzymające się mojego palca.
Obudziłem się, zlany potem, przekonany, że słyszałem płacz dziecka. Ale w moim pustym pokoju panowała tylko cisza. Na co dzień pracowałam jako krawcowa, szyjąc obszycia i dziurki na guziki za pomocą ruchu mechanicznego. W nocy pisałam listy, prośby, prośby. Zużyłem dziesiątki długopisów i zapełniłem całe notesy nazwiskami, adresami i wskazówkami, które prowadziły donikąd.
Przyszły lata 60-te, potem 70-te. Moje ciało się starzało, moje włosy siwieły, ale moja determinacja pozostała niezachwiana. Nie zgodziłem się na śmierć bez wiedzy. Nie pozwoliłam, aby mój syn odszedł w zapomnienie, jakby jego istnienie nigdy się nie liczyło. W 1972 roku w końcu wyłonił się obiecujący trop. Były pracownik administracyjny Vermarthe zgodził się ze mną spotkać.
Mieszkał w domu spokojnej starości w Strasburgu, naznaczonym chorobą i poczuciem winy. Kiedy wszedłem do jego pokoju, zobaczyłem wychudzonego starca z zapadniętymi oczami i trzęsącymi się rękami. Patrzył na mnie przez dłuższą chwilę, zanim zaczął mówić. „Czy jesteś Maéise, ta ze skały?” “Tak.” “Usiąść.” Usiadłem. Serce biło mi tak mocno, że bałam się, że on to usłyszy.
„Pamiętam rodzinę Adlerów” – powiedziała powoli. „Byli uprzywilejowani i bliscy reżimowi. W czasie wojny przyjęli kilkoro dzieci, dzieci ze specjalnych programów pomocowych”. Zacisnąłem pięści, żeby powstrzymać drżenie. Gdzie oni teraz są? Po wojnie wyjechali do Austrii, chyba do Salzburga, ale nie wiem
Reszta na następnej stronie